Warning: Invalid argument supplied for foreach() in /phos2/wp-content/themes/semplice/partials/project-panel.php on line 23

Izrael 2015

Promocja, szybka decyzja, rezerwacja. Lecimy do Tel Awiwu.

Tym razem nasz grupa liczy 5 osób. W czwartkowe popołudnie spotykamy się na lotnisku Chopina w Warszawie. Lecimy Wizzairem o 20:40. Lot trwa 3 godziny 40 minut. W Tel Awiwie lądujemy 00:20. Ponieważ w planach mamy najpierw Jerozolimę, udajemy się do firmy wynajmującej samochody aby własnym transportem dojechać na miejsce. Nie chodzi w tym tylko o nasze wygodnictwo ale głównie o koszt tego przejazdu. Z lotniska do Jerozolimy jeżdżą busy.  Koszt przejazdu w jedną stronę to ok. 70 szekli od osoby, natomiast koszt wynajęcia samochodu wynosi ok. 200 szekli na dzień (z ubezpieczeniem). Przy pięciu osobach sporo zaoszczędzimy. Wypożyczalnia oferuje nam biały, nowiutki samochód VW Jetta, którym po godzinie jazdy dojeżdżamy do hotelu Holy Land w arabskiej części miasta. Hotel przyzwoity, czysty a co najważniejsze położony ok 5 min drogi od Bramy Heroda – jednej z bram prowadzących na Stare Miasto.

DSCF5984-kopiaDSCF5984-kopia

Jak się zorientowaliśmy będąc już na miejscu, promocyjna oferta Linii Wizz Air spowodowana była tym, że podczas naszego pobytu zarówno Żydzi jak i Arabowie mieli jakieś swoje święta. Efekt był taki, że większość sklepów i kramików na Starym Mieście była zamknięta, muzea i miejsca kultu otwarte były nieco krócej a na ulicach kręciło się bardzo dużo młodzieży arabskiej, która w tym czasie nie miała zajęć w szkole i której towarzyszyły liczne zastępy policji izraelskiej.  Wyglądało to trochę strasznie ale na szczęście tylko wyglądało.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu, zaopatrzeni w wygodne buty, okulary przeciwsłoneczne oraz duże chusty, którymi należało się osłaniać w miejscach „świętych”, wyruszyliśmy na zwiedzanie Starego Miasta.

Stare Miasto w Jerozolimie otoczone jest potężnym murem o łącznej długości ok. 4,5 km. Mury te wzmocnione są 35 basztami i cytadelą. Początkowo do miasta prowadziły cztery bramy. Po przebudowie i rozbudowie murów przez Sulejmana I Wspaniałego w XV w mury miejskie liczyły 11 bram a obecnie jest ich tylko osiem z czego tylko siedem z nich jest otwartych (Damasceńska, Nowa, Jafy, Dawida, Gnojna, Lwia i Heroda). Ósma, zwana Złotą, pozostaje zamurowana i zgodnie z legendą zostanie otwarta dopiero w dniu końca świata.

O samej Jerozolimie można pisać wiele, ale informacje te są powszechnie dostępne w Internecie i licznych wydawnictwach książkowych, więc nie będziemy się na tym skupiać. Myślę, że ważniejsze są nasze wrażenia i spostrzeżenia którymi chcemy się z wami podzielić.

Na teren Starego Miasta wchodzimy przez Bramę Damasceńska, jedną z największych i najładniejszych bram miasta. Brama wygląda trochę nietypowo, ponieważ tuż za nią znajduje się ściana zamykająca światło bramy i kierująca ruch pieszych na prawo i na lewo. Nie jest to błąd architektoniczny a celowo przyjęte rozwiązanie. Chodziło mianowicie o to, żeby utrudnić wjazd do miasta wszelkim nieproszonym gościom.

Kierując się drogowskazami udajemy się najpierw do Bazyliki Grobu Pańskiego. Zaczęliśmy trochę od końca ale zmusiły nas do tego ograniczenia czasowe (trzy dni w Jerozolimie to trochę mało).

Bazylika jest ogromna ale bardzo zaniedbana. Spowodowane jest to głównie tym, że nie ma tu jednego właściciela. Na chwilę obecną prawo do przebywania i odprawiania liturgii rości sobie kilka wspólnot religijnych m.in. Chrześcijanie, Greko-katolicy, Koptowie itd. Na dodatek klucze do bazyliki są w rękach Arabów.

Pod wspólnym, ogromnym dachem mieści się wiele miejsc świętych. Do najważniejszych można zaliczyć, zaczynając od wejścia: Kamień Namaszczenia, Grób Pański, Kalwaria, Kaplica Adama, Krypta Św. Heleny, więzienie Jezusa itp. W Bazylice panuje półmrok a przez to jest znacznie chłodniej niż na zewnątrz. Pomimo wczesnej pory jest już sporo ludzi. Jedni zwiedzają, inni fotografują, a jeszcze inni stoją w długiej kolejce do grobu Jezusa, śpiewają pieśni kościelne w swoich ojczystych językach, czytają książki lub po prostu rozmawiają. Najmniej jest tu ludzi pogrążonych w modlitwie, gdyż ilość odwiedzających to miejsce wycieczek nie pozwala na chwilę prawdziwego skupienia.

Po opuszczeniu Bazyliki i wchodzimy na Drogę Krzyżową (Via Dolorosa) biegnącą wąskimi uliczkami Starego Miasta. Jak już wspomniałam zwiedzamy od końca i dlatego też z Bazyliki Grobu idziemy w kierunku Bramy Lwów zwanej też Bramą św. Szczepana, w pobliżu której  znajduje się I Stacja Drogi Krzyżowej. Poszczególne Stacje mają bardzo różny wygląd. Jedne są oznaczone tylko numerkiem na ścianie pomiędzy dwoma straganami, inne, bogatsze maja formę kapliczek a jeszcze inne tak jak Stacja I i Stacja II  mieszczą się na terenie muzułmańskiej szkoły Umarija i na terenie klasztoru franciszkańskiego.

U ludzi głęboko wierzących Droga Krzyżowa budzi pewnie mieszane uczucia (szczególnie jak się ją odwiedza pierwszy raz). Jej trasa wiedzie wąskimi uliczkami, niejednokrotnie przesklepionymi górą i wyłożonymi kamiennymi płytami. Wzdłuż całej trasy zlokalizowane są liczne arabskie sklepiki i punkty gastronomiczne. Każdy właściciel głośnym zachwalaniem towarów usiłuje przyciągnąć turystę do siebie. Pomiędzy pieszymi poruszają się samochody, małe ciągniki i wózki dostarczające świeży towar. Wszędzie pełno śmieci (w czasie świąt nie działały służby oczyszczania miasta), bezpańskich kotów i uzbrojonych po zęby izraelskich żołnierzy.

Godny polecenia na trasie jest Konwent Franciszkański, Łuk Ecce Homo i Kościół św. Anny z przylegającą do niego sadzawką Betesda (Sadzawka Owcza) gdzie zgodnie z tradycją Jezus uzdrowił paralityka.

Stare Miasto opuszczamy przez Bramę Lwów.  Szeroką, mocno zatłoczoną drogą idziemy w kierunku Doliny Cedronu. Poruszamy się trochę pod prąd, ponieważ w kierunku bramy podążają niezliczone tłumy arabskich mężczyzn kierujących się na piątkową modlitwę do meczetu Al.-Aksa na wzgórzu świątynnym.

Robi się coraz cieplej, ale w związku z tym, że powietrze jest dość suche - nie ma problemu. Zatrzymujemy się na chwilę, aby popatrzeć na Dolinę Cedronu (niestety ogrodzona i zamknięta) a następnie próbujemy wejść do tzw. Grobu Maryi.

DSCF6088-kopiaDSCF6088-kopia

Okazuje się jednak, że w południe jest dwugodzinna przerwa i niemiły pan każe nam wyjść. Trudno spróbujemy w drodze powrotnej. Bez problemu wchodzimy natomiast na teren Ogrodu Oliwnego oraz znajdującego się tam kościoła Getsemani (Bazylika Konania). Nie wiem czy ze względu na jego wystrój czy też świadomość, że mozaika w absydzie głównej ufundowana została przez żołnierzy polskich w 1944 r, kościół ten jest niesamowitym miejscem. Półmrok, granatowy sufit w złote gwiazdki oraz fragment skały otoczony koroną cierniową, usytuowany przed ołtarzem głównym robią wrażenie. 

Po krótkim odpoczynku w cieniu 1000-letnich oliwek wspinamy się wąską asfaltową drogą na Górę Oliwną. Po lewej mijamy zamkniętą Cerkiew św. Marii Magdaleny i kaplicę Domisus Flevit a po prawej olbrzymi obszar żydowskiego cmentarza. Cmentarz ten jest bardzo ciekawym miejscem i znacznie różniącym się od naszych cmentarzy. Wszystkie groby wykonane są z jasnego piaskowca, mają bardzo podobne kształty a na płytach zamiast kwiatów czy zniczy leżą kamienie.  

Tuż przed szczytem zaglądamy do dobrze utrzymanych ruin kościoła Pater Noster. Kościół ten wybudowano nad jaskinią, która słynie z tego, że podobno Jezus nauczał w niej swoich uczniów modlitwy rozpoczynającej się słowami: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie". Obecnie modlitwa ta, w formie paneli wyłożonych płytkami ceramicznymi, umieszczona jest na ścianach świątyni w 62 językach.

Ostatnim zabytkiem na Górze Oliwnej jest meczet, na dziedzińcu którego, w niewielkiej rotundzie znajduje się miejsce Wniebowstąpienia Jezusa. Kupujemy bilety, czekamy chwilę aby wyszła poprzednia grupa i wchodzimy do środka. Miejsce dość dziwne. Pusta okrągła budowla z wygrodzonym fragmentem naturalnej skały. I oprócz kolejnego bezpańskiego kota nie ma nic więcej. Zapalamy cienką świecę i wychodzimy na zewnątrz. W małym sklepiku kupujemy drogą wodę do picia i odpoczywamy chwilę w cieniu drzew na szczycie Góry, skąd rozpościera się wspaniały widok na stara Jerozolimę.

Stary Arab ze znudzonym osiołkiem robi w tym miejscu za atrakcje turystyczną ale niestety oprócz nas nie było tu nikogo.

DSCF6158-kopiaDSCF6158-kopia

W dół idzie się znacznie szybciej. Po drodze robimy kolejne podejście do Grobu Maryi. Tym razem jest otwarte i po poowijaniu się w chusty zakrywające gołe nogi zwiedzamy grotę w skale, dość głęboką i oczywiście ciemną. Nieliczne świecące się lampki pozwalają jedynie na bezpieczne zejście i wejście po licznych schodach.  Samo miejsce w którym spoczywała Maryja wygrodzone jest szybą i zasypane różnorodnymi banknotami.

Zmęczeni, głodni i spragnieni wracamy poprzez Bramę Lwów na Stare Miasto. Głównym naszym celem jest teraz znalezienie miejsca, gdzie można by było coś zjeść i odpocząć. Trafiamy na niewielki arabski bar z czterem stolikami ustawionymi na placu. Jedzenie jest smaczne, chociaż porcje niezbyt duże. Decydujemy się na danie mięsne podane w picie za 22 szekle,  ponieważ to samo, tylko podane na talerzu kosztuje 70 szekli. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że w arabskich sklepach czy barach obowiązkowo trzeba się targować. Jak powiedzą 30 to trzeba powiedzieć 10 i za 20 się kupi. Reguła ta obowiązuje wszędzie. W arabskich sklepach spożywczych, w przeciwieństwie do żydowskich, na żadnym artykule nie ma ceny. Cenę ustala sprzedawca po obejrzeniu kupującego. Trzeba uważać i nie dać się wpuścić w maliny.

Po obiedzie wracamy do hotelu, szybki prysznic, chwila relaksu i znowu wychodzimy na miasto. Jest późne piątkowe popołudnie, za chwilę rozpocznie się szabas. Idziemy więc wzdłuż murów Starego Miasta w kierunku Bramy Jaffy. Towarzyszą na liczne żydowskie rodziny, w tradycyjnych strojach, udające się na wieczorną modlitwę pod Ścianę Płaczu. Ludzi jest bardzo dużo. Zajmują prawie cały dość szeroki chodnik. Staramy się trzymać lekko z boku i niestety nie udaje nam się zrobić wielu zdjęć, chociaż widok ten robi wrażenie. Szybko robi się ciemno. Mimo późnej pory na ulicach jest sporo ludzi – turystów, mieszkańców, młodzieży arabskiej i oczywiście policji. Nikt nas jednak nie zaczepia więc czujemy się dość bezpiecznie. Niestety do karabinów maszynowych trzeba przywyknąć. Taki kraj.

Dzisiejsze zwiedzanie rozpoczynamy od Bramy Jaffy. Znajduje się tu punkt informacji turystycznej gdzie można kupić bilety na przejście murami Starego Miasta. Wspinamy się po stromych schodach i kierujemy na południe w stronę Bramy Gnojnej. Oprócz nas nie ma tu praktycznie nikogo. Nie wiem czy trasa jest mało znana czy też pielgrzymom szkoda czasu na takie atrakcje. Nam się jednak podoba. Po prawe stronie rozciąga się współczesna Jerozolima, z blokami mieszkalnymi, sklepami , hotelami i jedyna w mieście linią tramwajową a po lewej mocno ściśnięta zabudowa Starego Miasta. Nie da się jej opisać w kilku zdaniach - to trzeba zobaczyć. Mam nadzieję, że kilka załączonych zdjęć chociaż trochę przybliży atmosferę tego miejsca. Idąc w pełnym słońcu, czasami pomiędzy dwoma ścianami muru a czasami po  czymś w rodzaju gzymsu zabezpieczonego metalową balustradą, mijamy różnego rodzaju baszty, wieżyczki i schodki prowadzące raz do góry a raz w dół. Czym bliżej Bramy Gnojnej tym widoki stają się ciekawsze. Doskonale widoczne jest Wzgórze Świątynne, Góra Oliwna i Dolina Gehenny, gdzie według tradycji powiesił się Judasz po zdradzie Jezusa. Z murów schodzimy w pobliżu Bramy Gnojnej przez którą można wejść do dzielnicy żydowskiej, na teren położony bezpośrednio przed Ścianą Płaczu.

Ściana Płaczu, zbudowana z olbrzymich bloków kamiennych, to jedyna pozostałość po Drugiej Świątyni przebudowanej przez Heroda w 20 r. p.n.e. a zniszczonej przez Rzymian w 70 r. Jest ona uważana za najświętsze miejsce ze wszystkich miejsc związanych z religia judaistyczną.  Obecnie teren przed ściana płaczu pełni rolę Synagogi - miejsca modlitwy. Podzielony jest na część dla mężczyzn i osobną część dla kobiet (zdecydowanie mniejszą). Aby się jednak tam dostać to najpierw trzeba przejść przez bramki wyposażone w wykrywacze metalu. Uzbrojeni po zęby panowie każą pokazać paszport, zaglądają do kieszeni, torebek i plecaków. Należy być stosownie ubranym a przed samym wejściem za barierki wygradzające plac, należy obowiązkowo założyć jarmułkę (jarmułki stoją w koszach przy wejściu). Wrażenia trudno opisać – inny fascynujący świat.

Po krótkim pobycie na placu (dzisiaj ze względu na szabas nie da się podejść do samej Ściany) udajemy się do dzielnicy żydowskiej – jednej z czterech dzielnic Starego Miasta (pozostałe dzielnice to: muzułmańska, chrześcijańska i ormiańska). Miejsce to jest czyste i zadbane. Ludzie ubrani w odświętne ubrania spacerują, siedzą na ławeczkach, odpoczywają. Nad wszystkim czuwają kamery monitoringu oraz uzbrojeni panowie, zarówno żołnierze jak i cywile. Z ciekawszych obiektów mijanych po drodze na pewno należy wymienić Synagogę Huvra odbudowaną po zburzeniu przez Jordańczyków w 1948 oraz tzw. Cardo – odcinek starożytnej ulicy o długości 200 m, pochodzący z czasów rzymskich i bizantyjskich. Znajduje się ona 6 m poniżej obecnego poziomu miasta. Ulica została odsłonięta podczas prac archeologicznych prowadzonych w latach 1976-1985. Nadano jej charakter pasażu handlowego z kawiarniami.

Plącząc się po dzielnicy postanawiamy odszukać miejsca gdzie można wejść na tzw. dachy Jerozolimy. Udaje się nam to dość szybko. Jednak dach który znaleźliśmy nie był chyba zbyt uczęszczany ze względu na panujący na nim bałagan. Problem zaczął się w chwili kiedy postanowiliśmy z niego zejść . Okazało się, że to ślepa uliczka. Jedynym miejscem gdzie istniało połączenie z drogą publiczną była kuchnia jakiejś kobiety która akurat gotowała ryż. Po zapytaniu, bez większego zdziwienia pozwoliła nam przejść przez tą małą kuchnię i wrócić do cywilizacji.

Po przejściu obok wieży Dawida będącej elementem Cytadeli wracamy na mury Starego Miasta, idąc tym razem w kierunku Bramy Damasceńskiej. Tu kończy się trasa turystyczna, więc zjadamy arabski obiad, pakujemy się do samochodu i jedziemy przez Pustynię Judzką nad Morze Martwe.

Pustynia Judzka i Morze Martwe

Pustynia Judzka zaczyna się tuż za Górą Oliwną i ciągnie się do samego Morza Martwego a potem dalej na południe aż do Pustyni Negev. Jest to druga co wielkości pustynia w Izraelu. Jej górzysty krajobraz przecina kilka malowniczych kanionów a najwyższe wzniesienie ma wysokość 524 npm to znaczy 951 m nad poziom Morza Martwego. Powierzchnia pustyni ma kolor wielbłądziej sierści i miejscami porośnięta jest wyschniętą trawą. Wykorzystują to mieszkający tam Beduini, którzy na tych mało przyjaznych terenach wypasają swoje stada. W połowie drogi mijamy punkt „O”, to jest geograficzny poziom morza. Czym jesteśmy niżej tym temperatura staje się coraz wyższa. Nad samym brzegiem morza termometry o godzinie 16 wskazują 40 stopni. I znowu ze względu na brak czasu zatrzymujemy się pierwszym napotkanym kąpielisku.

Powierzchnia Morza Martwego znajduje się 423 metry ppm a jego głębokość to 377 metrów. Zasolenie wynosi tutaj 33,7%, co sprawia, że człowiek może swobodnie unosić się na powierzchni wody i nie utonie. Morze ma 67 km długości i 18 km szerokości.

Wybrane przez nas kąpielisko ma błotnistą plażę. Jest to mało przyjemne, ponieważ błoto jest śliskie i grząskie. Łatwo się przewrócić wchodząc do wody, ale za to ma podobno właściwości lecznicze. Większość plażowiczów wysmarowana jest tym błotem przez co dość śmiesznie wygląda – mały powrót do dzieciństwa. Po wejściu do wody, rzeczywiście można położyć się na plecach i w tej pozycji bezkarnie leżeć aż się znudzi. Na plaży jest sporo ludzi. Wokół słyszy się wiele różnych języków w tym hebrajski, arabski, angielski, niemiecki no i bardzo często rosyjski. Nawet ratownik dyscyplinując osoby pływające w momencie braku ich reakcji zaczyna krzyczeć po rosyjsku. Na plaży są leżaki, parasole, prysznice, bar i sklepiki. Wstęp na plażę kosztuje 50 szekli.  Około 100 km na południe znajduje się większy i ładniejszy ośrodek wypoczynkowe Ein Gedi, gdzie jest więcej atrakcji a plaża jest kamienista. Jeśli ktoś będzie miał więcej czasu niż my to polecam. Do hotelu wracamy po zmroku. Czas na zasłużony odpoczynek.

Kolejny dzień rozpoczynamy od ponownej wizyty pod Ścianą Płaczu. Dzisiaj już nie ma święta a więc bez problemu można dojść do samej ściany i ją pomacać. Na mnie niesamowite wrażenie robili modlący się tam ludzie. Widok godny zapamiętania.

Spod Ściany Płaczu kierujemy się ponownie do Dzielnicy Żydowskiej. Zwiedzamy Synagogę a następnie przez Bramę Dawida idziemy zobaczyć Wieczernik i Kościół Zaśnięcia NMP.

Wieczernik to według tradycji chrześcijańskiej sala, gdzie odbyła się Ostatnia Wieczerza. Ma on charakter budowli średniowiecznej, jednak najprawdopodobniej górna kondygnacja została zbudowana na starszym budynku pochodzącym z IV wieku. Na parterze budynku  Krzyżowcy wybudowali sarkofag jako symboliczne miejsce upamiętniające króla Dawida. Obecnie uznawane jest ono za miejsce spoczynku  Dawida – tzw grób Dawida.

Bazylika Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny to masywna budowla zwieńczona kopułą. Jej ogrom sprawia, że widać ją z wielu punktów w mieście. W czasach starożytnych znajdowała się wewnątrz murów obronnych a dzisiaj położona jest zaraz za murami Starego Miasta.

Kościół Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny jest popularnym miejscem wśród pielgrzymów odwiedzających miasto, jak i wśród jego mieszkańców. Wewnątrz, okrągła bazylika zadziwia swoją prostotą i pięknem. W środku półokrągłej absydy znajduje się mozaika przedstawiająca Marię i Dzieciątko Jezus, poniżej umieszczono postacie dwunastu proroków. Po bokach zbudowano sześć kaplic również zdobionych mozaikami. Dwie spiralne klatki schodowe prowadzą do krypty i okrągłego pomieszczenia podtrzymywanego przez filary. Na samym jego środku znajduje się rzeźba naturalnej wielkości przedstawiająca śpiącą Marię. W pobliżu kościoła znajduje się muzeum Holokaustu ale niestety nie udało nam się do niego wejść – było zamknięte.

Drugą część dnia postanowiliśmy spędzić w nowej, żydowskiej części miasta tzw. dzielnicy rządowej położonej na jej zachodnich obrzeżach. Znajdują się tu między innymi: budynek parlamentu Izraela – Kneset, budynek Sądu Najwyższego i Muzeum Izraela z najlepszymi w kraju kolekcjami sztuki, znalezisk archeologicznych i judaików. Najsłynniejszą ekspozycją tego kompleksu jest Sanktuarium Księgi w formie amfory, gdzie wystawione są zwoje znad Morza Martwego. Te niepozorne i dość mocno zniszczone skrawki pergaminu stanowią najstarszy znany egzemplarz Starego Testamentu. I znowu, ze względu na Święta, na terenie Muzeum Izraela udało nam się obejrzeć tylko makietę Jerozolimy z 70 r. wykonaną z kamienia w skali 1:50. Polecamy! 🙂 Robi wrażenie a ponadto pozwala nam sobie uświadomić jak wyglądało to miasto w czasach Jezusa.  Szkoda, że z tych wspaniałych budowli prawie nic nie zostało.

Na zakończenie dnia trafiamy jeszcze na tradycyjny żydowski targ (Machane Yehuda Market), podziwiamy piękny, biały wiszący most Jerusalem Chords Bridge i ulicą Jaffy wracamy do hotelu.

Ostatni dzień pobytu w Jerozolimie. Z ciekawszych rzeczy, wręcz kultowych, zostało na tylko Wzgórze Świątynne. Niestety przez poprzednie dni, z powodu świąt, wstęp na wzgórze był ograniczony tylko dla wiernych. Turystów nie wpuszczano. W hotelu dowiedzieliśmy się od polskiego zakonnika, że w poniedziałek od 8.30 do 10.00 bramki mają być otwarte i jest szansa, że uda nam się wejść. Biegniemy więc uliczkami Starego Miasta i po 20 minutach stajemy przed drewnianą kładką prowadzącą spod Ściany Płaczu na wzgórze świątynne. Przechodzimy trzy drobiazgowe kontrole i wreszcie jesteśmy na górze. Tu też trzeba się zachowywać według ściśle określonych reguł. Należy poruszać się według wskazań ochrony, nie wolno głośno rozmawiać ani się przytulać. Miejsce święte. Obchodzimy więc meczet Skały dookoła, robimy zdjęcia i podziwiamy wspaniałe mozaiki na ścianach zewnętrznych. Niestety meczet jest zamknięty i nie można zajrzeć do środka. Zamknięty jest również meczet Al. Aksa a na dodatek podczas naszego pobytu na wzgórzu świątynnym doszło do jakiegoś wybuchu w okolicy tego meczetu i ochrona kazała wszystkim natychmiast opuścić wzgórze.

Wracamy więc do hotelu, pakujemy się do samochody i wyjeżdżamy w kierunku Tel Awiwu. Po drodze zwiedzamy muzeum sztuki współczesnej w Cholon. Budynek ma bardzo ciekawą formę ale ekspozycja nie robi większego wrażenia.

Tel Awiw

Zwiedzanie Tel Awiwu zaczynamy od  Jaffy. Jaffa to starożytne arabskie miasto, które obecnie tworzy wraz z Tel Awiwem metropolitarną całość. Jego nazwa wywodzi się od imienia jednego z synów Noego – Jafeta. Historia miasta sięga ponad 4000 lat, przez co bogate jest ono w wiele zabytków. Znajduje się tu między innymi starożytny port morski, jeden z najstarszych portów morskich na świecie,  nieczynna latarnia morska, XII-wieczny meczet Mahamoudia z dość ciekawą w swojej formie fontanną wybudowaną dla pielgrzymów, park i kościół Franciszkanów, który został wybudowany w XIX wieku na ruinach twierdzy Krzyżowców. Dawniej miasto było otoczone murami obronnymi, których pozostałości z bramą miejską można oglądać do dziś. Centrum Jaffy to skwer Kedumim wyłożony jasnymi kamiennymi płytami, wokół którego koncentrują się restauracje, lokale rozrywkowe oraz nocne kluby. Jaffa leży na wzgórzu z którego rozciąga się wspaniały widok na nadmorską część Tel Awiwu.

Późnym popołudniem docieramy do hotelu tuż przy budynku ambasady amerykańskiej i bez zbędnej straty czasu ruszamy dalej na zwiedzanie miasta. Tym razem nadmorskim bulwarem kierujemy się na północ. Plaża jest czysta i dobrze zagospodarowania. Znajduje się przy niej mnóstwo hoteli, kawiarnie, restauracja i port jachtowy. Tel Awiw to jedno z najmłodszych miast Izraela, które pretenduje do miana europejskiego kurortu.

Skręcając w stronę miasta po lewej stronie mijamy dość skromną willę Ben Guriona , jednego z głównych założycieli państwa żydowskiego oraz pierwszego premiera Izraela. Idąc dalej zielonym bulwarem zwracamy uwagę na żółty pył pokrywający samochody, ławki, zadaszenia przystanków i wszystkie inne stałe elementy przestrzeni miejskiej. Okazuje się że jest to piasek z Sahary, który dotarł aż tu po burzy piaskowej na pustyni.

Po kilkuset metrach wychodzimy na spory plac Rabina na którym znajduje się Ratusz Miejski i pomnik holokaustu. Pomnik został wykonany z metalu, betonu i szkła. Główną jego częścią jest odwrócona do góry nogami piramida. U jej podstawy wyrasta z ziemi druga mniejsza piramida. Razem tworzą one gwiazdę Dawida.  Wedrując dalej ulicami Tel Awiwu dochodzimy do ulicy Menachema Begina gdzie znajdują się trzy najwyższe budynki miasta. Ze względu na dość późną porę wjazd windą na taras widokowy zostawiamy na jutro. Dzisiaj tylko elewacje. Ponieważ powoli zaczyna robić się ciemno kierujemy się w stronę hotelu. Po drodze mijamy wiele ciekawych obiektów, kolorowych fontann, miejsc zabaw i odpoczynku dla dzieci oraz co ciekawe miejsc zabaw dla psów. Co kilkadziesiąt metrów na ulicznych skwerach ustawione są maleńkie bary gdzie można napić się kawy i zjeść ciastko. Mimo późnej pory na ulicach jest mnóstwo ludzi z małymi dziećmi na rękach. Znowu jest jakieś święto i wszyscy świętują. Zmęczeni długim marszem, wracamy do hotelu.

Wtorek to ostatni dzień pobytu w Izraelu. Do południa leniuchujemy na plaży. Ze względu na normalny dzień pracy ludzi na plaży jest niewiele. Morze jest ciepłe i czyściutkie. Dość wysoka fala pozwala trochę poszaleć. W wodzie jest sporo małych srebrnych rybek, które wyskakują nad powierzchnię wody albo próbują delikatnie nadgryźć naskórek,  uderzając co trochę w części ciała zanurzone w wodzie.  Uczucie dziwne chociaż nie nieprzyjemne.

Po obiedzie jeszcze krótka wycieczka na taras widokowy wieżowców skąd roztacza się wspaniała panorama miasta, spacer nadmorską promenadą i niestety przejazd na lotnisko. Po bardzo długiej odprawie, wsiadamy do samolotu i ok. 1.00 w nocy szczęśliwie lądujemy w Warszawie.

Izrael to piękny kraj chociaż pełen kontrastów i różnych niespodzianek. Mimo tego a może dlatego, że jest tam wiele osób, cywili i wojskowych, pilnujących porządku, uzbrojonych w mniejsze lub większe karabiny jest to kraj bezpieczny. Piękne widoki, ciepełko i egzotyczna roślinność pozwalają poczuć się jak w raju. Różnorodność kulturowa i religijna uczy nas czegoś nowego co w człowieku zostaje już na zawsze. Myślę, że kto raz wybrał się do Izraela będzie tęsknił za tym szczególnym miejscem przez całe życie i nie wykluczone że wróci tu nie raz.

Wszystkie zdjęcia wykonane zostały wyjątkowo kompaktowym Fuji X-M1 🙂